Możecie mi wierzyć lub nie, ale ja po prostu w tej niepozornej, starej, zniszczonej książeczce się zakochałam! Jest PRZEPIĘKNA, czarowna, cudna i niespotykana. Kilka dosłownie wierszyków, kilka łagodnych kołysanek mamy dla Synka, ale tak znakomicie opisanych, dobranych, że łza się w oku kręci. Na sercu robi się tak ciepło i zarazem tak... smutno, bo dzieci już większe. Nie potrzebują takiego matczynego tulenia, głaskania i śpiewania. Matuchna odpędza od Synka złe myśli, sny, by zasnął w spokoju, a rano obudził się wesoły i zdrowy. Z książki bije wręcz gorąca i naturalna miłość do dziecka. To naprawdę da się odczuć! Która matka nie chce tego dla swojego dziecka? Ale ono w końcu dorasta...
A ilustracje? Fenomenalne, zjawiskowe! O ich twórczyni niestety nic nie znalazłam.
"Słowiku,
muzyku,
w czereśniach pod gankiem
ciurlikaj,
turlikaj
spiewaj kołysankę...
W ogródku
cichutko,
choć to jeszcze wcześnie...
Wzdychały,
szumiały
kwitnące czereśnie..."
Nasza Księgarnia, Warszawa 1985